Bajka o żbiku

„Cała polska czyta dzieciom” powiedziało męskim głosem radio w pokoju Jurka.
– Mamooooo! – zawołał chłopiec.
– Co Jureczku? – zapytała mama, stojąc w drzwiach.
– Poczytaj, mi mamo! – zażądał.
– Synku… – powiedziała niechętnie mama – ale ja teraz ciekawy film oglądam.
– Bo zacznę krzyczeć – zagroził, a mama westchnęła.
– No dobrze. To co mam Ci poczytać?
– Uhm… Najlepiej jakąś historię, której jeszcze nie znam. Bo już mi się znudziły te nieszczęśliwe księżniczki i sierotki. Wiem mamo, opowiedz mi jakąś bajkę! Tak jak babcia – mama spojrzała na niego przerażonymi oczami, gdyż nie znała żadnych bajek, oprócz tych czytanych synowi.
– Naprawdę babcia opowiada ci bajki? – zapytała zdziwiona.
– Oczywiście mamo.
– No to spróbuję.
Po chwili ciszy mama zaczęła opowiadać…

***

Za górami, za lasami, za siedmioma dolinami czyli gdzieś na Madagaskarze, żyły urocze zwierzątka – futrozrosty. Były to małe futrzaki podobne do twojego chomika, tyle że żyły na wolności i były jakieś trzy razy większe. Jadły one ziarna, albo inne roślinki i żyłoby im się zupełnie dobrze, gdyby nie drapieżniki zamieszkujące na tej samej części wyspy co one. Tymi drapieżnikami były lisy. Polowały wtedy, gdy futrozrosty spały w swoich małych norkach i śniły o krainie bez wrogów. Wtedy to właśnie te okrutne lisy rzucały się na swoje ofiary, łapały je ostrymi zębiskami za kark, zabijały i zjadały. W ten sposób każdej nocy ginęły trzy futrzaczki, gdyż w okolicy ich osady żyły dokładnie trzy drapieżniki. W ten sposób z dnia na dzień futrozrostów było coraz mniej. 
Pewnego dnia, wódz ginącego gatunku miał dosyć nocnych rzezi.
– Poddani! Tak dłużej być nie może! Musimy coś z tym zrobić: albo wygonić zabójców, albo zabić – dobitnie zakończył swoją krótką przemowę.
– Nie, tak być nie może. Ale żeby zabijać? Nie, nie. My i tak nie dalibyśmy rady. Zabić, zabić! Zasłużyli na to! – odpowiedział tłum.
– Cisza! – wykrzyknął wódz – Gdy zastanawiałem się nad tym, czy zabić, czy przegonić, doszedłem do wniosku, że ani to, ani to nie jest dobre. Postanowiłem więc, że trzeba to jakoś wyśrodkować. Po dłuższym myśleniu, uznałem wraz z moim doradcą, który zna się na obyczajach dalekich krajów, że najlepszym rozwiązaniem będzie wynajęcie ochroniarza. 
– Ochroniarza? A kto to jest? A po co on? Co on robi? Czy zabija? Kto to? Wiesz może? Nie, ja nie wiem, a ty? Ojej, ojej! A może to jest jakiś zbójec? – ponownie odezwał się tłum.
– Cisza! Ochroniarz to taki ktoś, kto by pilnował naszych norek nocą, aby nie przyszły do nas lisy. Tylko, że tu jest właśnie problem, gdyż taki ochroniarz jest zazwyczaj mięsożerny. A wiecie przecież, że jedynym mięsnym pokarmem na tej wyspie jesteśmy my – po tych słowach, tłum się przestraszył. Bał się, ze będzie trzeba poświęcać swoje życie dla ochroniarza. – Lecz po długim przeglądaniu katalogów z ochroniarzami, odnalazłem zwierzaka, który nie jada mięsa choć jest mięsożerny. 
– Cóż to za zwierz, dziwny? – powiedział chórem tłum.
– To żbik!
– Żbik?
– Tak, żbik!
– Ale przecież… – zaczął malutki futrozrost.
– Cisza! Jutro przybywa do nas żbik. 

***

– Mamo? A co chciał powiedzieć ten mały futrozrost? – zapytał się Jacek – i wlaściwie jak wygląda ten żbik i czemu nie je mięsa?
– Czekaj synuś… Zaraz się dowiesz. 

***

Po tym przemówieniu wszystkie futrozrosty pobiegły na łączkę, żeby szukać ziarenek i soczystych mleczy. Każdy z nich rozmyślał o przybywającym jutro żbiku. Wszystkich męczył jeden problem: dlaczego zwierz ten, choć mięsożerny, nie jadał mięsa? To było dla wszystkich wielką zagadką. A szczególnie nie mógł tego zrozumieć ten mały futrozrost, który chciał coś powiedzieć wodzowi. Zwierzaczek ten słyszał już o żbikach od swojego nieżyjącego już dziadka, który podróżował po odległej Azji. Widział on tam zwierza, zwanego żbikiem. Był to okrutny drapieżca, który nigdy nie odpuszczał swojej ofierze, a do tego lubił się nią bawić. Mały futrozrost był pewien, że żbik knuje jakąś intrygę. „Jutro wyjdzie brudne na białe” pomyślał futrzak i zabrał się za obgryzanie ziarenka żyta.
Tej nocy wszystkie futrozrosty spały spokojnie, a po porannym przeliczeniu liczebności stada, okazało się że nikogo nie ubyło. Radość futrozrostów była wielka. Była to pierwsza od wielu dni noc bez ofiar śmiertelnych, więc zwierzątka odczytały to jako bardzo dobry znak. A następnie jak każdego poranka, poszły jeść i wygrzewać się w słońcu. Lecz jedna rzecz była inna niż zwykle: wszystkich bardzo ciekawiła sprawa ich ochroniarza żbika, przez co nie mogły myśleć o niczym innym.
W pewnym momencie wszystkie futrozrosty poczuły, że oprócz nich i lisów, na wyspie jest ktoś obcy. Zaczęły nerwowo biegać w kółko, dokładnie tak jak twój chomik na kołowrotku. Patrzyły ze strachem na linię horyzontu, wypatrując dziwnego zwierza. Aż w końcu się pojawił. Był wielkości lisa, miał wielkie zielone oczy z ogromnymi czarnymi źrenicami i dużo białych wąsów przy pyszczku. Szedł spokojnie przez polanę, powoli i rozważnie stawiając łapki, a poruszał się przy tym bardzo płynnie. 
– Gdzie się podziewa wasz wódz?- zapytał grubym głosem żbik.
Lecz odpowiedziała mu tylko cisza, gdyż futrozrosty były z natury bardzo strachliwe i bały się wszystkiego co obce. Stały więc dalej tam gdzie stały i patrzyły przestraszonymi oczkami na wielkiego drapieżcę.
– No powiedzcie, przecież was nie zjem. Chcę wam tylko pomóc.
– Panie żbiku – odezwał się malutki futrozrost – a co pan właściwie je?
– Ach, futrozroście. Aż wstyd mi o tym mówić. Jem różne chrabąszcze i dżdżownice. W końcu natura stworzyła mnie mięsożercą a nie chcę zabijać takich niewinnych zwierzątek jak wy – w oczkach futrozrosta pojawił się błysk zrozumienia. 
– Panie żbiku, wódz siedzi w sowiej dziupli w tamtym drzewie – mały futrozrost wskazał łapką kierunek gdzie znajdowało się drzewo.
– Dziękuję mały. Jesteś bardzo dzielny – powiedział żbik.
Drapieżca bez problemu doszedł do dziupli gdzie wódz miał swój gabinet. Lecz dziupla znajdowała się wysoko ponad główką dziwnego zwierza z Azji. Lecz żbiki mają to do siebie, że potrafią bardzo wysoko skakać prawie bez żadnego wysiłku, a co więcej skoki te najczęściej im się udają. Więc żbik żwawo skoczył na gruby pień drzewa i wczepił się w niego swoimi ostrymi pazurami, a potem wspiął się aż do dziupli. Wódz futrozrostów jak zawsze siedział w swoim fotelu zrobionym z kasztana i rozmyślał o sprawach swojego plemienia. Gdy zobaczył żbika bardzo się ucieszył i omówił z nim szczegóły jego pracy.
Po odejściu żbika z polany, poruszenie wśród futrozrostów sięgało zenitu. Każdy z nich rozmawiał o wielkim futrzanym drapieżniku, który odżywia się robactwem. Nie byli pewni czy taki zwierz będzie w stanie przegonić ich wrogów. 
Następnego dnia z rana okazało się, że każdy z futrozrostów przeżył, więc ich wdzięczność dla żbika była ogromna. Z każdego kata było słychać pytanie: „Jak on to zrobił? Przecież lisy są już bardzo głodne, wczoraj nic nie jadły i dzisiaj nic nie zjadły. Wspaniały jest ten żbik!”. A ich wybawiciel tylko spoglądał na nich swoimi czarnymi oczami, a jego puszysty ogon falował ponad jego głową. 
– Wybaczcie, drogie futrozrosty ale muszę pójść coś zjeść. Wczoraj widziałem wiele smakowitych chrabąszczy w lesie – po czym żbik odwrócił się ogonem do malutkich futrzaczków i powoli ruszył w stronę lasu. 
W czasie gdy żbik polował na chrupiące owady, futrozrosty oddawały się codziennym czynnościom wygrzewania się w promieniach słońca i pogryzania ziarenek żyta. Od tego czasu dnie mijały w taki właśnie sposób, a noce nie przynosiły spustoszeń w stadzie. Po tygodniu takiego stanu futrozrosty postanowiły zapytać żbika jak to się dzieje, że lisy już nie atakują ich norek. 
– To proste – odparł żbik – pokazuję im uroki życia, gdy nie zjada się innych inteligentnych stworzeń. Uczę ich jak jeść robaki i jak wybierać te najsmaczniejsze. Lisy bardzo w nich posmakowały. 
Wśród futrozrostów można było usłyszeć cień zawodu, oni myśleli że ich wielki żbik w jakiś sposób zastraszył lisy. A tymczasem on zrobił to w zupełnie bezkrwawy, pokojowy sposób.
– I myślę, że już niedługo nie będę wam potrzebny.
Po tym oświadczeniu, po grzbietach zwierzaczków przebiegł dreszcz. Bo skąd wiadomo, czy lisy nie udają, że lubią jeść robaki? Może chcą tylko uśpić czujność żbika i swoich ofiar. Nie. Futrozrosty nie chciały, żeby zwierz mięsożerny, choć nie jedzący mięsa ich opuszczał.
– Polubiłem was, wiecie? I bardzo mi smakują robaki z waszej wyspy. Szczególnie chrabąszcze. 
– Możesz zostać żbiku. – powiedział mały futrozrost, a po chwili dodał – nawet do końca świata.
Od tej pory wszystkie zwierzęta na Madagaskarze żyły spokojnie i w pokoju. Już nigdy żaden lis nie zjadł żadnego futrozrosta, a żbik nie musiał się już martwić o ich bezpieczeństwo i mógł beztrosko spać zwinięty w kłębuszek w najbardziej zacisznej norce świata.

***

Ostatnie słowa mama wypowiedziała bardzo cicho, gdyż Jurek już spał. Ale zanim zakończyła bajkę to był on jednym wielkim uchem. „No tak! – pomyślała mama – każdy lubi usłyszeć jakąś nową historię. Słuchanie ciągle tych samych może człowieka zanudzić na śmierć”. 

Bajka ze strony http://opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=22024 autorstwa Kasia